Iwona Budziak
Miesięcznik List 7/97
Kiedy przed kilku laty ukazała się w Polsce książka Thomasa Gordona "Wychowanie bez porażek", wielu rodzicom koncepcja wychowania w niej przedstawiona wydała się odkrywcza. Wkrótce potem hitem wydawniczym stały się książki Adale Faber i Elaine Mazlish, m.in. »Jak mówić, żeby dzieci chciały nas słuchać, jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły«, »Wyzwoleni rodzice, wyzwolone dzieci« - napisane w przystępny sposób i zawierające ogromną ilość przykładów wyjętych z życia. Metoda proponowana przez wspomnianych autorów okazała się na tyle uniwersalna i skuteczna, że ci, którzy wdrażali ją w życie, chętnie dzielili się swymi odkryciami z innymi rodzicami. I tak stopniowo zrodziły się programy pierwszych polskich szkół dla rodziców. Obecnie działają one w Gliwicach, Krakowie, Gdańsku i Warszawie.
Jolanta Basistowa jest psychologiem, matką trojga dzieci. Od jesieni ubiegłego roku prowadzi w Krakowie warsztaty zwane Szkołą dla Rodziców.
Przed spotkaniem z Panią czytałam książki pełne dobrych rad dla rodziców, w których inni rodzice dzielą się swą bezradnością wobec własnych dzieci, niektóre z przytoczonych sytuacji wydały mi się na tyle proste, że dziwiłam się, iż znalazły się one w poradniku.
Jako młoda dziewczyna miałam trochę doświadczenia z wychowywaniem dzieci, choćby zdobytego podczas prowadzenia obozów wędrownych. Patrzyłam wówczas na to, jak rodzice odnoszą się do swoich dzieci i dokładnie wiedziałam, co powinni zrobić, aby ich dziecko zareagowało lepiej, niż to miało miejsce. Myślałam podobnie jak Pani: no, przecież to jest proste, od razu widać... Dopiero moje własne dzieci zburzyły mi wszystkie możliwe schematy i teorie jakie miałam na ten temat. Np. Nie wyobrażałam sobie, że moje dziecko, Jagusia, nie zje od urodzenia do teraz kawałka sera. Ja zawsze jadłam rano kromkę z białym serem i uważałam to za coś oczywistego i gdzieś we mnie odzywał się głos mojej mamy: no jak to jest nie jeść białego sera, dziecko musi jeść ser...
Znam dziecko, które od kilkanastu lat na śniadanie jada tylko rosół z makaronem - faktycznie dzieci obalają schematy w myśleniu dorosłych. Czy to znaczy, że jeżeli taki schemat zostanie naruszony, to proces oswajania się z nową rzeczywistością musi trwać tak długo?
Te schematy są naruszane w ogromnym tempie, bardzo szybko i ostro, a szczególnie gdy się ma kilkoro dzieci, jedno po drugim w domu rozgrywają się błyskawiczne przedstawienia, które jakoś się zaczynają, potem jest pierwszy, drugi, trzeci akt, natłok jakichś emocji, bodźców, w którymś momencie człowiek reaguje krzykiem, klapsem, złością albo spokojem a wścieka się po trzech dniach z jakiegoś zupełnie innego powodu.
Dzieci dają w kość...
Właśnie: dają w kość. Najtrudniejsza rzecz, jaką kobieta może robić, najcięższa i tak naprawdę najważniejsza - jest zajęcie się własnymi dziećmi i my dlatego często się nimi nie zajmujemy i oddajemy je do przedszkola, bo my po prostu tego nie wytrzymujemy.
Czyli proces wychowawczy musi w tym momencie dotyczyć nie tylko dzieci ale i rodziców, aby uruchomili w sobie te możliwości, jakich w cześniej w sobie nie dostrzegali?
Aby się nauczyli innego niż tradycyjny sposobu porozumiewania się z dziećmi. Bo te tradycyjne sposoby oparte są na dwóch możliwościach: generalnie uważa się, że wchodzimy w taki układ z dzieckiem, że albo my zwyciężamy - ono ponosi porażkę, albo dziecko zwycięża - my ponosimy porażkę. W pierwszym przypadku, gdy my ciągle zwyciężamy, dziecko ma nas serdecznie dosyć, ale my także czujemy się osłabieni, bo bardzo dużo energii wkładamy w to, żeby to dziecko bezustannie kontrolować, żeby kierować nim, żeby za wszelką cenę utrzymywać z nim kontakt, którego on tak naprawdę wcale nie chce, bo ono chce być samodzielne. W drugim przypadku, kiedy to dziecko rządzi w naszym domu - to z kolei my mamy tego dziecka dosyć. Mamy dosyć tego ciągłego odpowiadania na jego potrzeby, co tak naprawdę wcale nie jest naszym obowiązkiem, aby ciągle i zawsze na te potrzeby odpowiadać. Oczywiście przerysowuję te dwie sytuacje, ale one często mają miejsce. W czym one się przejawiają? W tym właśnie, że rodzice mówią: jestem bezradny wobec takich a takich zachowań, coś trzeba zrobić z moim dzieckiem. Np. Dziecko się nie chce uczyć, albo dziecko nie uczestniczy w jakichś domowych pracach, albo zachowuje się tak agresywnie, że ja nie wiem, co z tym zrobić, albo wyzwala to we mnie jakąś ogromną złość.
Czy to znaczy, że złoty środek jest wtedy, gdy rodzice i dzieci stają się na właściwych dla siebie poziomach partnerami?
Ja nie uważam, że moje dziecko jest moim partnerem. Lepsze jest sformułowanie Gordona, który ten sposób postępowania nazywa »bez porażek« to znaczy, że żadna ze stron nie ponosi porażki, albo po prostu tamte metody nazywa pierwszą i drugą a tę metodę nazywa trzecią.
A kiedy uporała się pani z białym serem?
Akurat problem białego sera nie był największym i ja go intuicyjnie rozstrzygnęłam. Miałam jednak problem, do rozstrzygnięcia którego książki Gordona okazały się niezbędne. Kiedy najstarsza moja córka Zosia poszła do szkoły, zupełnie nie chciała opowiadać o tym, co się dzieje. Wracała jakaś taka rozzłoszczona, podenerwowana, ale wszelkie moje pytania, próby nawiązania kontaktu mniej więcej przez pół roku nie przynosiły żadnych efektów i im więcej ja wychodziłam w stosunku do niej z różnymi pytaniami - to ona niechętnie, agresywnie odpowiadała. Widziałam, że coś się dzieje z dzieckiem, nie byłam jednak w stanie, używając całej swojej wiedzy psychologicznej, nic z tym zrobić. Cokolwiek przychodziło mi do głowy z tzw. »sposbów«, intuicji, zastanawień się, rad, których szukałam u koleżanek, u starszych ludzi - nic nie skutkowało. Dopiero jak wzięłam książkę Gordona, wydaną wtedy pierwszy raz (89r.), przeczytałam tam ze zdumieniem, że istnieje 12 barier komunikacji w sytuacji, gdy ktoś drugi ma problemy. Jedną z takich barier okazały się być pytania jako takie. Zorientowałam się, że rzeczywiście zadawałam Zosi sporo pytań, jakby logiczne to było, mnie tak samo w domu zadawano mnóstwo pytań. Potem, jak się nad tym zastanowiłam - uświadomiłam sobie, że nie było to przyjemne, że wcale nie miałam ochoty odpowiadać na te pytania, że jakby zmuszano mnie do tego i to rodziło jakieś nieprzyjemne uczucia. Natomiast co można zrobić, żeby się dziecko otworzyło? Otworzyć się na jego uczucia i też mu o tym powiedzieć. Jest zabieg - z jednej strony techniczny, a z drugiej strony to wymaga ogromnej otwartości, żeby pokazać dziecku, że przyjmuje się wszystkie jego uczucia, łącznie z tą jego złością, rozczarowaniem. To zadziałało w przypadku Zosi. Gdy któregoś dnia znów przyszła rozzłoszczona, powiedziałam: »Widzę, że jesteś strasznie zła«. »No tak« - odpowiedziała. I wtedy po raz pierwszy powiedziała co się działo w szkole. Zobaczyłam, że jest jakiś sposób, na który ja bym nie wpadła.
Czyli istnieją reguły postępowania, które po prostu są dobre i jeśli sprawdzają się w 33 przypadkach, to w następnych 35 także okażą się skuteczne? Są takie metody wychowawcze i sposoby komunikowania się?
To nie są tak naprawdę żadne metody wychowawcze, tylko jest to wprowadzanie prawdy w życie. Metody wychowawcze zwykle coś tam zakłamują, nakłaniają nas do manipulowania dzieckiem albo sobą. A tutaj jest to sposób porozumiewania się z dzieckiem, ale też z dorosłym, który jest oparty na prawdzie. Jest to prawda, która jest oparta na słowach. Prawda, którą się mówi w taki sposób, żeby nie raniła drugiego człowieka - czy jest on mały, czy jest on duży. Tak naprawdę jest to wyrzeczenie się metod wychowawczych rozumianych jako manipulowanie małym człowiekiem.
Dorosły musi więc zmienić swój sposób postępowania. Dorosły zwykle chętnie wchodzi w rolę wychowawcy, który stawia sobie za cel uzyskanie pewnego efektu wychowawczego, a tu jednak inaczej rozumie się relację.
Tak. Chciałabym zakwestionować sens mówienia o efekcie wychowawczym. My na pierwszych zajęciach pytamy rodziców do czego wychowujemy dzieci i dostajemy taką ogromną listę. Ale potem pytamy się jakie znajdujemy sposoby np. Wychowania dziecka do miłości, albo do samodzielności, odpowiedzialności, do świętości, do prawdy, szacunku dla innych ludzi. Okazuje się, że my często miłości uczymy bardzo brutalnie, na przykład stosując dosyć surowe kary w stosunku do dzieci. Gdy przypatrzymy się celom wychowawczym okaże się jakie one są enigmatyczne, jakie trudne do określenia, jak mało mamy środków - takich dobrych, bo moim zdaniem nie da się wychować do miłości brutalnością. Do miłości można wychować tylko miłością, na co dzień, w każdym geście. To w tej szkole jest szalenie ważne, że uważamy, iż każda odpowiedź, każde zachowanie mamy czy taty to jest coś co buduje człowieczeństwo dziecka. Buduje jego miłość, jego samodzielność. Ogromną rolę przywiązujemy do codzienności i pokazujemy rodzicom jacy oni są ważni w budowaniu tego nowego, małego człowieka.
Żeby móc zbudować taką relację, gdy rodzic jest świadom swojej roli to jeszce musi uporządkować tą pierwszą relację bycia mężem czy żoną. Podobnie jest z wychowawcą, który najpierw jest sobą, a nie nauczycielem. Czy można »wytrenować« pewne zachowania odnoszące się do relacji z dziećmi zaniedbując resztę?
W odniesieniu do tej szkoły unikam takich sformułowań jak terapia. Tutaj w ogóle nie ma miejsca na terapię. My po prostu uczymy się żyć w prawdzie w stosunku do dzieci. I rodzice doświadczają tego, że aby to było możliwe, muszą najpierw żyć w prawdzie ze sobą. Ale to się nie dzieje w ten sposób, że ktoś im mówi: »Wy uporządkujcie swoje sprawy, a potem się zabierzcie za wychowanie dzieci«. Nie. My podajemy na przykład sześć sposobów komunikowania się z dziećmi po to, by zachęcić dziecko do współpracy. I te sześć sposobów jest takie, że uczestnicy zajęć aby je zastosować muszą siebie zapytać, co czują i jakoś skonfrontować się z samymi sobą. To nakłania rodziców, żeby bardzo dużo zmienili w sobie samych. Po czterech spotkaniach efekt jest taki, że gdy ja się pytam: co dał wam kurs, większość osób w grupie odpowiada: to przede wszystkim ja zaczęłam, zacząłem się zmieniać. Pewien pan, który gdy urodził mu się trzeci syn zauważył, że najstarszy bardzo agresywnie reaguje na najmłodszego i ojcu trudno było sobie z tym poradzić. Przyszedł z takim problemem do nas. Po czterech spotkaniach, na początku bardzo sceptycznie nastawiony, powiedział: zrozumiałem, że to ja muszę się zmienić. Osoby, które przychodzą na nasze zajęcia dostają bardzo dużo konkretnych wskazówek: zestaw metod, które, by o nich pamiętać, mogą sobie choćby przykleić w kuchni. Wśród nich jest na przykład sześć sposobów zachęcania dziecka do współpracy, sześć sposobów wspierania dziecka wtedy, gdy ono ma problemy, sześć sposobów na to, czym zastąpić karanie: w jaki sposób nie karać a wpływać na postępowanie dziecka, by ono je zmieniało, sześć sposobów zachęcania do samodzielności. Są to bardzo konkretne sposoby: np. Sposób budowania zdań takich, które nakłaniają dziecko do zmiany postępowania a nie ranią go. Czyli od strony technicznej jest to formułowanie wypowiedzi od »Ja« - i mówienia o swoich, to znaczy rodzica, uczuciach a nie formułowanie wypowiedzi zaczynającej się od »Ty«. Czyli np. Do dziecka, które powinno zmyć naczynia po kolacji, a nie zrobiło tego, mówię: »jestem niezadowolona, gdy widzę zlew pełen talerzy«, zamiast: »ty nigdy nie zrobisz tego, co powinieneś«. Wydaje się to banałem, ale to wcale banałem nie jest. Pewnie są takie szczęśliwe rodziny, ale przyznam, że niewiele ich spotkałam, w których rodzice do dzieci zwracają się w ten właśnie sposób, tzn. Potrafią oddzielelić własne problemy od problemów dzieci. My uczymy tego, że w przypadku, kiedy mamy do czynienia z własnymi problemami - mówimy, zaś w przypadku, gdy mamy do czynienia z problemami dzieci - słuchamy. Tak naprawdę talerze czy garnki w zlewie są moim problemem, bo mnie to drażni a dziecka wcale. Ono może przez tydzień składać brudy i nie mieć porządku w pokoju i to nie będzie dla niego żadnym problemem, przynajmniej gdzieś do 13 roku życia. To jest mój problem i ja muszę nakłonić dziecko, żeby ono zechciało ze mną współpracować.
Gdy tego słucham od razu myślę o tym, że jednak reakcje na zachowanie dzieci są tak w nas silne, że w identyczny sposób reagujemy na zachowania naszych najbliższych - dorosłych.
W naszej Szkole ostatnio jedna z uczestniczek powiedziała: wiecie państwo, te metody z karteczką zastosowałam nie tylko dla synka. Mąż ma zawsze wieczorem zmywać naczynia. Gdybym po powrocie z naszych zajęć zastała pełny zlew, powiedziałabym: o, znowu nie zmyłeś naczyń! A ja tym razem przylepiłamu karteczkę: »Chciałybyśmy być czyste. Naczynia«. I proszę sobie wyobrazić, mąż zadowolony zmył naczynia, a rano znalazłam skarpetkę z doczepioną karteczką: »Lubimy być zaszyte. Skarpetki«. I ja mu oczywiście te skarpetki bardzo chętnie zaszyłam i bardzo dawno nie było takiej miłej atmosfery. Nikt nie czuł się dotknięty. Nawet babcia, z którą ciągle mamy całą masę problemów przygotowała sobie całą serię karteczek i gdy tylko ma jakiś problem to właściwe karteczki w odpowiednim momencie, w odpowiednim miejscu kładzie.
Życie rodzinne może stać się całkiem przyjemną zabawą.
Oczywiście. Po prostu robi się milej w domu. I mamy więcej czasu na różne przyjemne rzeczy, a nie żyje się z poczuciem, że ciągle mówię i to nic nie daje, muszę więc więcej mówić, a może kiedyś coś w końcu zaskoczy. Tak naprawdę jeżeli to mówienie nie daje efektów w miarę szybko, to nie da pozytywnego efektu nawet za dwa czy trzy lata. Bo powtarzanie nieefektywnych zachowań wcale nie prowadzi do wzrostu ich efektywności w jakiejś tam dalszej perspektywie.
Cztery spotkania to jest niewiele. Mogą rozbudzić apetyt, pewnych zachowań się nauczymy, innych nie przyswoimy do końca. I co teraz? W jaki sposób szkoła w trakcie zajęć stara się utrwalić w rodzicach wiedzę, którą w niej nabywają?
Utrwalonych przekonań i nawyków, które tkwią głęboko w człowieku, nie da się zmienić przekonywaniem, wykładem. Dlatego nasze zajęcia nie mają charakteru wykładu. Wszystko co robimy dzieje się przy bardzo silnym współuczestnictwie rodziców. Oni rozwiązują te problemy, z którymi przychodzą, czasami twierdzą, że nie mają żadnych problemów i dopiero w trakcie zajęć zaczynają je dostrzegać; gdyż te ich problemy tkwią bardzo głęboko i na tyle na ile ktoś jest gotowy, może sobie z nimi poradzić. Niezwykle cenną rzeczą, którą staramy się wpoić jest to, by rodzice mieli poczucie, że jeśli zranili dziecko - zrobili źle, a nie, że zrobili coś źle dla dobra dziecka. Powszechnie panuje przekonanie, że my zrobimy coś źle dla dziecka, ale postępujemy tak dla jego dobra. Czasem w rozmowie trudno jest to wytłumaczyć, że krzywda nigdy nie jest dla czyjegoś dobra. Natomiast podczas ćwiczeń, gdy rodzice wcielają się w role dzieci i my tych ćwiczeń ileś tam robimy - zaczynają to czuć, że poprzez krzywdę niczego dobrego nie da się zrobić.
I to nie jest Szkoła dla tych, którzy chcą być rodzicami, tylko dla tych, którzy nimi są, bo raczej trudno przewidzieć pewne sytuacje, lepiej jest być w ogniu walki?
Ja nie zamykam drogi. Jeżeli ktoś nie ma dzieci, a chciałby uczestniczyć w zajęciach to oczywiście może. Proszę tylko, żeby w przerwach między zajęciami ćwiczył te metody w stosunku do znajomych dzieci, współmałżonka, koleżanki.
Co pani uważa za sukces wychowawczy, czy on jest do opisania?
Tak. Jeżeli dzieci zwracają się ze swoimi sprawami do rodziców. Dla mnie na przykład sukcesem było to, że parę dni temu Zosia mając odłożone jakieś pieniądze na pierścionek i to były jej pieniądze koniecznie chiała, żebym zobaczyła, czy ten pierścionek, który jej się podoba, mnie się też podoba i co ja na to powiem. To jest dla mnie sukces.
Czy do takiego sukcesu szkoła, którą Pani proponuje prowadzi? Czy taki sukces może stać się udziałem kogoś, kto uczestniczy w zajęciach przez Panią proponowanych?
Myślę, że nie tylko. Jedna z uczestniczek po kursie powiedziała: teraz zaczynam lubieć być z moimi dziećmi. Inna zauważyła: »Jestem teraz bardziej odprężona, dzieci pytają: co się stało mamo, jesteś taka uśmiechnięta, a przedtem tylko krzyczałaś, dyrygowałaś nami i mówiłaś, jak to ciągle wszystko musisz?« Zauważyłam też, jak po kolejnych zajęciach panie w nich uczestniczące wprost rozkwitają w oczach, przychodzą umalowane, coraz ładniej ubrane, jakby zrozumiały, że aby być dobrymi dla swych rodzin, muszą być najpierw dobre dla siebie.