Ciężar uczuć

Ewa Owsiany

Dziennik Polski 22.12.2001

Istotą wychowania jest utrzymanie równowagi pomiędzy okazywaniem miłości a stawianiem wymagań

Krążymy bezładnie z oczami wbitymi w podłogę. Powłóczymy nogami, z trudem zdobywamy się na lekkie uniesienie dłoni w geście powitania. Mijani bez słowa, zapatrzeni we własne myśli - staruszkowie. Wcielamy się w nich ze zrozumieniem. Mamy wyobrazić sobie, jak to jest, gdy człowieka przygniata bagaż zim wielki jak Himalaje. Wędrujemy więc z trudem po Sali, sędziwi, powolni, dostojni w tym swoim smutku i odosobnieniu, bo przecież tak niewielu nas przy życiu zostało.

Stopniowo jednak cud się dzieje i lat nam ubywa. Już nie dobijająca do mety życia sędziwość, lecz żwawe barwy jesieni. Wkraczamy w nie z wyraźną ulgą. Wprawdzie zaczął się czas, gdy »szron na głowie, już nie to zdrowie«, ale przecież i ruchy stają się żywsze, i uśmiech radośniejszy. Za chwilę osiągniemy obarczony wielką odpowiedzialnością, ale pełen życiowego rozmachu wiek średni, po nim kwitnącą młodość dwudziestolatka, wreszcie beztroski (czy zawsze taki beztroski?) nastrój nastolatka, który biega po Sali i napotkanych uczestników eksperymentu targa za uszy.

- Dziękuję - przerywa zabawę pani psycholog. - A teraz powiedzcie mi, proszę, co każdy z was czuł, przechodząc kolejne fazy naszego spotkania. Wypowiadamy się kolejno i w pierwszej osobie, bo to ważne dla wzajemnego kontaktu: mówić od siebie i do kogoś. Pozwalamy zachować innym własne zdanie. Nie dostosowujemy swej wypowiedzi do odczuć przedmówcy. Chodzi o to, byśmy nie czuli się na cenzurowanym i nie bali się oceny innych. Mówimy więc to, co czujemy, a nie to, co nam się wydaje, że powinniśmy powiedzieć. - I uwaga! Obowiązuje nas dyskrecja! Pracujemy przecież na własnych myślach nie po to, by stały się przedmiotem plotek!

- A po co? - spyta ktoś. Po to - brzmi odpowiedź - byśmy zdali sobie sprawę, że nie trzeba uciekać od nazywania uczuć, bo ta umiejętność jest podstawą dobrego porozumiewania się z innymi ludźmi. Proponowane przez psychologów ćwiczenia budzą rozmaite odczucia i trzeba je sobie wyraźnie uzmysłowić. I tak ktoś po próbie »wirowania« w kole życia powie, że to sportowy wstęp do zajęć, podnoszący tętno i samopoczucie; ktoś inny uzna go za ciekawą formę zbliżenia do innych ludzi, a komuś jeszcze innemu rzecz się nie spodoba.

- Czułam się nieswojo - wyzna specjalistka od spraw nieletnich, zajmująca się w komisariacie policji konfliktowymi sytuacjami w rodzinie, współpracą z sądami i kuratorami. - Czułam się nieswojo zwłaszcza w roli nastolatek. Żywiołowe zachowania nie odpowiadają mi, byłam speszona - wyzna szczerze.

W szarym cieniu posadzki, pod światłem halogenów, na krzesłach, tworzących różne konfiguracje w zależności od tematu ćwiczeń, siedzą uczestnicy spotkania: policyjna pani od wagarów, specjalizujący się w badaniu wykroczeń uczniów młody człowiek, który ma w swej jurysdykcji kilkadziesiąt szkół i zapewnia, że stara się kierować dobrem dziecka. Jest też ktoś, kto się żali, że współpraca z dzielnicowymi idzie opornie, i jeszcze inny zapaleniec, co dla ideału walki o młodzież spadł o grupę niżej w zarobkach, a teraz, po miesiącach pracy, walczy ze sobą, by i jemu nie udzielił się »wszechogarniający, ciężki marazm w sprawach rodziny«, cechujący nasze życie społeczne.

- U nas także - przedstawia się kolejna słuchaczka - nie było referatu dla nieletnich. By go stworzyć, zorganizowano szkolenie, na którym obserwator (incognito) badał reakcje kandydatów do pracy. Wybrano mnie. Zapał jeszcze mam. Nie wiem, na jak długo...

Za moment pytanie na tyle intymne, by chłodem powiało w Sali. Co ten chłód w sobie kryje? Psycholog prosi, byśmy zapisali nasze spontaniczne reakcje, a potem wyjawili je zebranym. I tak zadana kwestia skojarzyła się komuś z nie znającymi wstydu wywiadami telewizyjnymi z cyklu talk- -show. Ktoś odczuł rozbawienie, kogoś zaskoczyła odwaga pytającej, ktoś jeszcze inny pomyślał: niech sobie eksperymentują, ja i tak nie odpowiem, to moja sprawa, do której nie dopuszczę ciekawskich. Prowadząca zajęcia wyjaśnia:

Tym ćwiczeniem chciałam naruszyć waszą g r a n i c ę emocjonalną i uświadomić wam, że każdy z nas stawia światu zewnętrznemu pewne bariery. Zachowujemy nie tylko bezpieczny dystans fizyczny do innych osób, ale i pewne z a s a d y. Doświadczyliście, co się dzieje, gdy są naruszane. Zresztą w swojej pracy macie do czynienia z sytuacjami skrajnymi, gdy człowiekowi brak zasad, świadomości własnego »ja«, i odczucia, gdzie i kiedy może powiedzieć »NIE«. Taki człowiek albo dopuszcza wszystkich na swój teren, albo sam staje się agresorem...

Moja ciekawość rośnie. To interesujące - porównanie człowieka z rzeką. Już niejeden w dziejach to robił, zwłaszcza gdy chciał zilustrować upływ czasu. Mówiono nam np., że nigdy nie da się dwa razy wstąpić do tej samej rzeki, więc przyjęliśmy z pokorą pewnik o zmienności świata, ale żeby człowiek był jak strumień. Strumień, który wzbiera do granic bezpieczeństwa, często je przekraczając? Psycholog odwołuje się do obrazu ostatniej powodzi.

- Każdy jest jak rzeka - zapewnia słuchaczy. - Czy dopłynie, i jak dopłynie, zależy od lądu, który wytycza jej bieg. Jeśli brak granic, mocnych brzegów, które rzekę ograniczają - woda się rozlewa, jej bieg jest nieprzewidywalny. Zagnać powódź do koryta trudniej niż umocnić brzegi. A dziecko? Czy nie jest źródłem, co tworzy stróżkę maleńką, łatwą do prowadzenia? Jeśli ustalimy mocne i elastyczne zasady, ochraniając granice każdej osoby, ucząc świadomego przeżywania bliskości i nawiązywania związków z innymi ludźmi, g r a n i c a nie stanie się m u r e m. I dziecku będzie łatwiej żyć, i pożytek dla społeczności będzie z tego życia większy...

Uczestniczę w konferencji warsztatowej dla policjantów, sędziów, kuratorów społecznych i pracowników socjalnych, organizowanej przez Dominikański Ośrodek Wspierania Rodziny przy finansowej pomocy Urzędu Miasta Krakowa. Słucham, z czym przyszli. I nie wątpię, że wszyscy oni - że posłużę się już użytym porównaniem - mają do czynienia
z r o z l e w i s k a m i, bo albo brzegi życia wychowanków zostały przerwane gwałtownym doświadczeniem losowym, albo ich wcale nie było...

Jak sobie z tym radzić? Jak powódź z powrotem wtłoczyć w bezpieczne koryto? Przyszli, by się nauczyć praktycznych umiejętności porozumiewania się z ludźmi.

Spotkanie otwiera przeor klasztoru Ojców Dominikanów w Krakowie ojciec Jakub Kruczek. Wyjaśnia, że Dominikański Ośrodek Wspierania Rodziny został powołany przez Radę Klasztoru w lipcu 2000 roku po to, by pomagać ludziom w nauce dialogu. Dominikanie - powiada - od wielu lat pracują z młodzieżą i widzą, że jest ona obecnie obolała, cierpiąca, zraniona. Jak do niej dotrzeć? - Jesteśmy przekonani - mówi przeor - że zachowania agresywne młodych to tylko skutki, przyczyny patologii leżą gdzie indziej. Czy nie w rodzinie? Ojciec Kruczek jest pewien, że współcześni rodzice bardzo potrzebują wiedzy o tym, jak lepiej wyrażać swoją miłość, czyli jak być bliżej swoich dzieci, stawiając im jednocześnie wymagania. - Dostrzegamy też - mówi dominikanin - że ludzie, którzy zajmują odpowiedzialne stanowiska, potrzebują wsparcia swego rozwoju wewnętrznego, by mogli sprostać wyzwaniom czasu. Temu właśnie służy Szkoła dla Rodziców - warsztatowe kursy porozumiewania się. Projekt realizują gruntownie wyszkoleni psychologowie, pedagodzy, nauczyciele...

A oto gremium wykładowców:

Zabiera głos autorka przedsięwzięcia - psycholog Jolanta Basistowa. Przedstawia zasady organizacji kursów. Przypomina, że w zeszłym roku korzystali z nich dyrektorzy szkół i przedszkoli, a także liczni rodzice, którzy chcą wspierać młodych ludzi w różnych sytuacjach życiowych. To prawdziwa sztuka znaleźć w sobie siłę i odwagę do prowadzenia wewnętrznego dialogu, który będzie promieniował na wychowanków. Umieć bez szwanku wybrnąć z konfliktów, nawiązać z dziećmi cieplejszy i głębszy kontakt, nauczyć się tak je słuchać, by to słuchanie dodawało otuchy, uzbrajało przeciw własnej niemocy i utwierdzało w poczuciu, że przecież ty, dzieciaku, także jesteś ważny dla świata! Stąd wybór tematów: Co zamiast karania? Jak rozmawiać z dziećmi o seksie? Po co i jak wprowadzać zasady? Jak budować porozumienie? Jak inspirująco chwalić?

- Istotą wychowania - mówi pani Jolanta - jest utrzymanie równowagi pomiędzy okazywaniem miłości a stawianiem wymagań. Przede wszystkim chcemy się zająć dorosłymi. To nie chodzi o taką wszechogarniającą tolerancję, która zezwala na wszystko. Ale ktoś, od kogo się wymaga, musi wiedzieć, że jest szanowany...

Psycholog Anna Kucharska-Zygmunt przekonuje na własnym przykładzie, jak bardzo w codziennym życiu przydają się umiejętności wyniesione ze Szkoły dla Rodziców. Sama jest matką trójki dzieci i ma w domu "poligon doświadczalny". Ile niepotrzebnych emocji nie tylko w rodzinie, ale i w zetknięciu z nie zawsze przyjaznym środowiskiem udało się wyciszyć, wygasić nieuniknione, wydawałoby się, konflikty, pamiętając o szkolnych mądrościach...

Nauczycielka Ewa Kubacka doradzi co robić, kiedy nastolatki się biją. Powiada, że wiele zła bierze się stąd, że dzieci często nie mogą udźwignąć ciężaru uczuć, jakie w nich powstają. Zwłaszcza wtedy, gdy nie mogą zaspokoić potrzeby bycia lepszym. - Szkoła dla Rodziców nauczyła mnie - wyznaje pani Ewa - zwracać uwagę na to, co dziecko przeżywa, a nie na to, jak się zachowuje. Jako nauczycielka czułam się nieraz bezradna i zawiedziona, dopiero zetknięcie z Ośrodkiem Wspierania Rodziny wzbogaciło mnie o umiejętność rozwiązywania wielu sytuacji.

Psycholog Jadwiga Prokop zajmowała się m.in. Patologią społeczną. Ta elegancka nazwa - mówi - kryje w sobie wiele cierpienia i przemocy. Jako mama sześciorga dzieci (od 20 lat do 7) pragnie przekazywać innym wiedzę, którą sama zdobyła wspierając swoją gromadkę w trudnościach dorastania. Co istotnego dostrzega w programie szkoły? Ideę szacunku i akceptacji wobec każdej osoby.

Zabiera głos Melania Pitucha. Jej doświadczenia opierają się na pracy w ośrodku psychoterapii; jest także szkolnym psychologiem. Wie, że można zmieniać złe zachowania dzieci. Ale wpierw trzeba zmiany własnych nawyków. Wiele razy chciała uciec od kłopotów, od młodzieńczej agresji wychowanków. Ale pochwala metody wyniesione ze Szkoły dla Rodziców, mimo sceptycyzmu, jaki się czasem w pracy pojawia. Gdyby wszystkie dzieci były kochane - cytuje czyjeś powiedzenie - mielibyśmy wspaniałe państwo...

Jacek Biłko zajmuje się na co dzień terapią młodzieży gimnazjalnej. Wyznaje przed słuchaczami, że nieobce są mu porażki. A było ich sporo... Zawsze szukał metod, które pomogłyby mu być lepszym, skuteczniejszym wychowawcą. Pacyfikowanie uczniów, którzy okładają się pięściami, stosowanie systemu kar i nagród nie przynosiło satysfakcji. Karał też syna, gdy ten bił siostrzyczkę. - Wiedziałem, że mam spokój - powiada - ale co z tego, skoro agresja syna była jedynie odroczona. Czarę goryczy przepełnił incydent - wspomina pan Jacek - gdy grupę walczących uczniów zaciągnąłem do dyrektorki. I ta delikatna kobieta lepiej poradziła sobie z sytuacją niż ja, psycholog i ojciec. Zawstydziłem się. Dziś mam satysfakcję, gdy młody człowiek nie wychodzi z konfliktu z pogłębionym urazem...

Cecylia Kałafut uczy matematyki od 20 lat.

- Poszłam pracować z przekonaniem, że jestem świetna i to przekonanie stale rosło - uśmiecha się. - Przekonałam się jednak, że nie potrafię sprostać buntowi własnych dzieci i złe samopoczucie wyniesione z porażki domowej przeniosłam do szkoły. Zaczęłam nagle mieć "złote myśli", którymi dzieci częstowałam tak obficie, że robiły się malutkie, wciąż mniejsze, aż zaczęłam tracić z nimi kontakt. Doszło do tego, że miały już własny świat, do którego przestały mnie dopuszczać. Usłyszałam nawet kiedyś, jak uczeń radził młodszemu: - Ty, nie spieraj się z panią, bo starszym się ustępuje! Pod wpływem wiedzy wyniesionej ze szkoły zmieniłam się. Zaczęłam zalecane metody stosować cierpliwie, małymi kroczkami. I to z klasą buńczucznych chłopaków, których wciąż karcono na apelach za rozrabianie... Teraz dzieci nie mogą się na spotkanie ze mną doczekać... I czuję się tak, jakbym zaczynała od nowa...

Wyznania kolegium nauczycielskiego szkoły kończy Agata Pasieczny. Opowiada o chłopcu zbuntowanym na wszystkich możliwych poziomach: nic nie ma sensu, niczego próbować nie warto. Doświadczyła, że porozumienie zaczyna się od szacunku; wie już z pewnością, jak bardzo opłaca się cierpliwie czekać na zmianę zachowań młodych ludzi - zaczynając od zmiany siebie.

- No i kochać trzeba bezwarunkowo - podkreśla nauczycielka, częstując nas banalnym przykładem. Z kim w roli głównej? Zdziwicie się, z własnym kotem! Uwielbiali go znajomi, na rękach nosili, zachwycali się nim, dopóki... Nie obsikał ich auta. - O, to koniec z miłością, kiciusiu! - usłyszała mroczny głos właściciela samochodu. - Zrozumiałam - kończy pani Agata - że często nasze dzieci traktujemy tak, jak on tego kota.